
bedac szczerym, zbierajac sie wczoraj z rana w góry, nie pamiętałem swojego ostatniego w nich pobytu. zastanawialem sie czy byly to tatry, blatnia czy beskidy z witkiem… i choc sporo szczegolow po drodze wygladalo mi znajomych, jak chocby totalnie dziurawa jezdnia w sopotniej wielkiej, po ktorej wydawaloby sie ze juz kiedys jechalismy, charakterystyczna wiezba dachowa na jednym z tamtejszych budynkow czy tego typu porosty na drzewach…

…to do konca nie bylem przekonany o czasie i miejscu tamtego ostatniego pobytu w gorach.

nie byla to na pewno romanka, bo takiego widoku na bank nie wymazalbym z pamieci

tadziu tez do konca nie mogl uwierzyc w to co widzi.

pogoda byla zjawiskowa !


rysianka przywitala nas wcale nie gorszymi krajobrazami. widac bylo jak na dloni ‘prawie’ cale tatry.


wracajac staralismy sie ogarnac jakas miejscowe na ognisko


w koncu udalo sie.


1,5 kg kielbasy poszlo w kilka minut a ja w koncu przypomnialem sobie… ostatnim razem bylismy z witkiem na pilsku, w listopadzie. dawno…
z bananami na twarzy wracalismy w doliny ! dzieki

więcej zdjęć z wypadu tutaj: https://picasaweb.google.com/tomaszkalfas/RomankaRysianka#



kopuła szczytowa wołowca – miszcz najwiekszy
Grześ, 1653 metry nad poziomem morza, miejsce z ktorego ponad 2 lata temu obserwowałem najpiekniejszy zachod slonca w kosmosie.
Gran, ktora mamy zamiar dzisiaj pokonac, wreszcie ukazuje sie nam w pelni. widac rakoń, wołowiec, łopate, jarząbczy, kończysty, trzydniowiański.
poczatkiem października, moment przed wyjazdem w alpy julijskie, dokladnie w miejscu w ktorym siedzi teraz witek, na rakoniu, czaki przekminil ze nie zabral rekawiczek (pomimo zapowiadanego halnego i niskiej temperatury). pora załozyc raki.
Wołowiec, 2064 mnpm, widoki nie mogły zostać niezapisane w głowie, kiedy tylko człowiek oderwie od nich zwrok, są juz tylko wspomnieniem, pozostaje niesamowity niedosyt.
rohacz ostry, obserwowany z łopaty, wyglada conajmniej ciekawie.

w czasie pokonywania ostatniego odcinka grani pomiedzy jarzabczym a konczystym towarzyszyla mi adrenalina zwiazana z widocznymi na powyzszym zdjeciu nawisami snieznymi… moglo byc roznie. szczesliwie, po okolo 11 godzinach wedrowki, dotarlismy do fury skad z bananami na twarzy wracalismy do krakowa.