Wpisy otagowane turystyka

zachodnie! from momasz on Vimeo.

kraktown, 27 kwietnia, 5 z samego rana, nowy kleparz, w ciemnościach rozpoczynajacego się dopiero dnia ruszamy w strone zakopanego. jest nas trzech, robson, wiciu i ja, podjarani na maksa, myślami juz wysoko na tatrzańskich graniówkach, przemierzamy kolejne kilometry krajowej siodemki. po 2 godzinach jazdy docieramy do wylotu doliny chochołowskiej. mozolny spacer z parkingu do schroniska ubarwiaja nam wspomnienia witka.

szybkie śniadanie, kilka strzałów migawką, pare centymetrów przesuniętej po głowicy kamery tasmy, około 150m pokonanego przewyższenia i zwinnym susem wyłaniamy się z kosówki.

“no jaram sie fest!” pomyslalem…

chwila rozkminy, relaksu dostarcza tak potrzebnej energii na pokonanie czekajacych na nas kilometrow granii.

kopuła szczytowa wołowca – miszcz najwiekszy


Grześ, 1653 metry nad poziomem morza, miejsce z ktorego ponad 2 lata temu obserwowałem najpiekniejszy zachod slonca w kosmosie.

Gran, ktora mamy zamiar dzisiaj pokonac, wreszcie ukazuje sie nam w pelni. widac rakoń, wołowiec, łopate, jarząbczy, kończysty, trzydniowiański.
poczatkiem października, moment przed wyjazdem w alpy julijskie, dokladnie w miejscu w ktorym siedzi teraz witek, na rakoniu, czaki przekminil ze nie zabral rekawiczek (pomimo zapowiadanego halnego i niskiej temperatury). pora załozyc raki.

Wołowiec, 2064 mnpm, widoki nie mogły zostać niezapisane w głowie, kiedy tylko człowiek oderwie od nich zwrok, są juz tylko wspomnieniem, pozostaje niesamowity niedosyt.
rohacz ostry, obserwowany z łopaty, wyglada conajmniej ciekawie.



w czasie pokonywania ostatniego odcinka grani pomiedzy jarzabczym a konczystym towarzyszyla mi adrenalina zwiazana z widocznymi na powyzszym zdjeciu nawisami snieznymi… moglo byc roznie. szczesliwie, po okolo 11 godzinach wedrowki, dotarlismy do fury skad z bananami na twarzy wracalismy do krakowa.

Jak różni bywają ludzie, tak różne są tygrysy na tym świecie. Pisząc tą relację, chciałbym wskazać na ogromną rolę tygrysów (tigerów)  w puszkach (płynnych), które w odróżnieniu od swych czworonożnych braci z rodziny kotów,  dodających nam adrenaliny w sposób bezpośredni przy bezpośrednim spotkaniu, dają nam siłę i pobudzają nas do podnoszenia własnego poziomu tego hormonu o własnych siłach. Nie sposób nie zauważyć,  że są to szczególne koty, nie tylko ze względu na płynną formę w jakiej się znajdują.

Uwięzione w puszkach, nawet po uwolnieniu pozostają przyjazne człowiekowi, pokrzepiają jego ciało, przynoszą optymizm i wiarę we własne siły, co jest wspaniałym wykładnikiem ich odmienności, albowiem któż z nas wierzy we własne siły widząc tygrysa w postaci czworonożnego zwierza w niedalekiej odległości?

Otóż te właśnie tygrysy (tigery) dodawały nam sił podczas ostatniej wyprawy na Kasprowy Wierch, zakończonej jego zdobyciem. Wszystko zaczęło się, jak to zwykle bywa, od kilku spotkań, na których, (jak to zwykle bywa), nie ustaliliśmy nic. Pomyślicie sobie teraz pewnie – ‘to coś marnie’ – i myślcie jeśli chcecie, ja tylko dodam, że jeśli to robicie, to srodze się mylicie, bo w przeddzień wyprawy, sobotę, odebrałem telefon od Pawla, który będąc odpowiedzialnym młodzianem, przedstawił mi całościową koncepcję ekspedycji. Założenia tejże koncepcji zrealizowaliśmy w składzie: Pawel, Robson, Maria i ja. Bladym niedzielnym świtem wyruszyliśmy seatem Cordobą z Tomaszem za kierownicą, w stronę zakopanego.

Duma i pycha (pewność siebie) są powszechnie uznawane za wady, a w kościele katolickim uznaje się je za jedne z grzechów głównych. Nawet idąc robić kupę nie można, a przynajmniej nie powinno być się zbyt pewnym swego, a co dopiero jadąc na spotkanie z majestatem gór, tak wielkim i potężnym.  Ekipa nasza świetnie zdawała sobie z tego sprawę, dlatego na pierwszej stacji benzynowej zaopatrzyliśmy się w tygrysy w puszkach (to się nazywa przystosowanie do nowego środowiska), które sprawiły że wiara we własne siły zmieniła się w siłę – jak się potem okazało-realną.

Każda okazja jest dobra, żeby próbować znaleźć rudego Hopa. Mając tą świadomość, zajechaliśmy pod McDonald w Zakopanem. Kiedy okazało się, że nie ma go na miejscu dla oczekujących na zamówienie specjalne, podjechaliśmy z nadzieją pod okienko McDrive, aby tam zasięgnąć informacji. Niestety, i to przedsięwzięcie wzięło w łeb. Jedną z prawdopodobnych przyczyn takiego rozwoju sytuacji mógł być fakt że nie pytaliśmy o rudego Hopa pani w okienku, lecz siebie nawzajem. Jak było naprawdę- niewiadomo, na razie pozostaje pytanie „dlaczego?”.

Cordoba spoczęła na parkingu pod wielką krokwią, my tymczasem, po krótkim przebraniu się, załadowaliśmy się z plecakami do busa i podążyliśmy w stronę Kuźnic. Stamtąd o godz. 7.40, uzbrojeni w kijki i raki, wyruszyliśmy zielonym szlakiem na spotkanie ze śniegiem, lodem, mrozem i zamieciami śnieżnymi. Na szczęście było bezwietrznie, słonecznie i ciepło, w związku z czym nam szło się dobrze, a z poprzedniego zdania można wykreślić mróz i zamiecie śnieżne.

Około 13.15, zmęczeni, lecz uśmiechnięci i zadowoleni  zdobyliśmy szczyt Kasprowego. Pytania zdumionych narciarzy- ‘przyszliscie tutaj pieszo?!’ umacniały w nas self-satisfaction i naszą wyjątkowość. Godzinna kontemplacja widoków i hopla, sru na całego na dół, do Murowańca! Schodzenie nartostradą przy odpowiednim nachyleniu sprawilo że nasze dupska często łapały kontakt ze śniegiem. Wszystko wynagrodziły zupki i herbata w schronisku.

Zdolność do empatii i pomocność są powszechnie uznawane za zalety, a w kosciele katolickim uznaje się je za jedne z namiastek cnót. Nawet w stosunku do nieznajomych cechy te są porządane. Stąd tez, kiedy obok naszej ekipy wywrócił się narciarz, z piersi naszych nie wyrwał się okrzyk „co Ty żeś odjebał!”, ale pytanie: „wszystko porządku?”. Okrzyk wznieśliśmy po odjeździe narciarza.

Dużo by pisać jak było. Do samochodu wróciliśmy około 18, do domu około 22. Uśmiechy na spalonych twarzach, 2h filmu i prawie 600 zdjęć – to świadczy o tym że musiało być wysoko, co najmniej metr pińdziesiont. A tak naprawdę było dużo wyżej- 1987mnpm.

Podziękowania dla chłopaków. Pozdro!