Wpisy otagowane turystyka

bedac szczerym, zbierajac sie wczoraj z rana w góry, nie pamiętałem swojego ostatniego w nich pobytu. zastanawialem sie czy byly to tatry, blatnia czy beskidy z witkiem… i choc sporo szczegolow po drodze wygladalo mi znajomych, jak chocby totalnie dziurawa jezdnia w sopotniej wielkiej, po ktorej wydawaloby sie ze juz kiedys jechalismy, charakterystyczna wiezba dachowa na jednym z tamtejszych budynkow czy tego typu porosty na drzewach…

…to do konca nie bylem przekonany o czasie i miejscu tamtego ostatniego pobytu w gorach.

nie byla to na pewno romanka, bo takiego widoku na bank nie wymazalbym z pamieci

tadziu tez do konca nie mogl uwierzyc w to co widzi.

pogoda byla zjawiskowa !

rysianka przywitala nas wcale nie gorszymi krajobrazami. widac bylo jak na dloni ‘prawie’ cale tatry.

wracajac staralismy sie ogarnac jakas miejscowe na ognisko

w koncu udalo sie.

1,5 kg kielbasy poszlo w kilka minut a ja w koncu przypomnialem sobie… ostatnim razem bylismy z witkiem na pilsku, w listopadzie. dawno…

z bananami na twarzy wracalismy w doliny ! dzieki

więcej zdjęć z wypadu tutaj: https://picasaweb.google.com/tomaszkalfas/RomankaRysianka#


Plener, dzień, Pawłowy grzbiet, Krywań



Mgła gęsta jak jasna cholera. Dziesięć ledwie widocznych postaci w różnym wieku i różnej płci. Nerwowo schodzą ze szczytu. Śpieszą się. Kamienie są śliskie więc uważają na każdy krok. Huraganowy wiatr smagający ich z lewej strony skutecznie utrudnia poruszanie. Co jakiś czas niebo rozjaśnia błyskawica, której z parosekundowym opóźnieniem towarzyszy grzmot.

JEDEN Z TURYSTÓW

Wieje sandałem!

CAŁA RESZTA

Z maaaasłem

Kontynuują   podróż. Zaczyna padać deszcz. Najpierw mżawka. Po chwili przeradza się w prawdziwe oberwanie chmury. Pioruny nie przestają uderzać . Cała ekspedycja przyspiesza. Co poniektórzy zaczynają się rozglądać za jakimś schronieniem.

JEDEN Z TURYSTÓW

Ciulo fest!

Deszcz zamienia się w grad. W odległości kilku metrów rozlega się uderzenie błyskawicy. Jeden z turystów rzuca się pod wielki kamień. Kilkoro osłania rękami głowy. Na twarzach rysuje się przerażenie. Wtem… rozjaśnia się w momencie. Mgła wraz z burzą przesunęła się wyżej. Są uratowani… i przemoczeni do suchej nitki.

To tylko jedna z przygód jaką przeżyliśmy w czasie pobytu na Słowacji. Była to wyprawa pełna kontrastów. W pierwszą noc zmagania z burzą. Pierwszy dzień wędrówki przy bezchmurnym niebie. Spokojna noc i kolejny dzień w towarzystwie burzy z piorunami. Ale od początku. Podróż na Słowację zajęła nam cztery godziny.

Naszą bazą było pole namiotowe usytuowane w samym centrum Tatr słowackich. To właśnie tu pogoda pierwszy raz dała się nam we znaki, kiedy niektórych z nas obudził w środku nocy deszcz wpadający prosto do namiotu.

Pierwszy dzień – Po lajtowej wędrówce w malowniczej scenerii, wśród górskich jeziorek, skoczni narciarski, gabinetów Spa, niebezpiecznych szczytów i Słowackich turystów zdobyliśmy Bystre sedlo – wysoko położoną przełęcz z której rozciągał się niezapomniany widok na Kryvań. Jednego z najwyższych szczytów w Tatrach w ogóle, narodowa góra Słowaków i główny cel naszej wycieczki.










Po powrocie do bazy mieliśmy chwile żeby nacieszyć się miejscowym piwem i do spania. Prawdziwe przygody czekają na nas jutro. Pierwsza część wędrówki na Kryvań przebiegała bez problemów gdy nagle zaczęły nas niepokoić coraz głośniejsze odgłosy burzy, która szalała gdzieś niedaleko nas. Zawracamy? Nie, skąd podążając śladem Słowackich turystów którym widmo burzy w górach nie odbierało animuszu parliśmy do przodu.

Ostatnie pół godziny na szczyt w gęstej mgle. Kiedy w końcu udało nam się wdrapać na górę, radość ze zdobycia szczytu spieprzył całkowity brak widoków.

Nici z jednej z najpiękniejszych panoram w Tatrach. W czasie schodzenia przeżyliśmy chwile grozy kiedy złapała nas burzą (atmosferę tego zejścia starałem się oddać na początku). Gdy wydostaliśmy się z niej, postanowiliśmy zmienić trochę plan wycieczki i uciekać na dół jak najkrótszą drogą. Udało się. Nikogo nie trafił piorun, nikt nie spadł, góra zdobyta. Pełny sukces? Jedynie kałuże w butach nie pozwalały nam się cieszyć w pełni.

W następny dzień kolejny raz zmieniliśmy plany. Tym razem jednak bardziej radykalnie. Zamiast na Sławkowski szczyt spakowaliśmy przemoczone do suchej nitki obozowisko i wróciliśmy do domu.