Wpisy otagowane tatry


Plener, dzień, Pawłowy grzbiet, Krywań



Mgła gęsta jak jasna cholera. Dziesięć ledwie widocznych postaci w różnym wieku i różnej płci. Nerwowo schodzą ze szczytu. Śpieszą się. Kamienie są śliskie więc uważają na każdy krok. Huraganowy wiatr smagający ich z lewej strony skutecznie utrudnia poruszanie. Co jakiś czas niebo rozjaśnia błyskawica, której z parosekundowym opóźnieniem towarzyszy grzmot.

JEDEN Z TURYSTÓW

Wieje sandałem!

CAŁA RESZTA

Z maaaasłem

Kontynuują   podróż. Zaczyna padać deszcz. Najpierw mżawka. Po chwili przeradza się w prawdziwe oberwanie chmury. Pioruny nie przestają uderzać . Cała ekspedycja przyspiesza. Co poniektórzy zaczynają się rozglądać za jakimś schronieniem.

JEDEN Z TURYSTÓW

Ciulo fest!

Deszcz zamienia się w grad. W odległości kilku metrów rozlega się uderzenie błyskawicy. Jeden z turystów rzuca się pod wielki kamień. Kilkoro osłania rękami głowy. Na twarzach rysuje się przerażenie. Wtem… rozjaśnia się w momencie. Mgła wraz z burzą przesunęła się wyżej. Są uratowani… i przemoczeni do suchej nitki.

To tylko jedna z przygód jaką przeżyliśmy w czasie pobytu na Słowacji. Była to wyprawa pełna kontrastów. W pierwszą noc zmagania z burzą. Pierwszy dzień wędrówki przy bezchmurnym niebie. Spokojna noc i kolejny dzień w towarzystwie burzy z piorunami. Ale od początku. Podróż na Słowację zajęła nam cztery godziny.

Naszą bazą było pole namiotowe usytuowane w samym centrum Tatr słowackich. To właśnie tu pogoda pierwszy raz dała się nam we znaki, kiedy niektórych z nas obudził w środku nocy deszcz wpadający prosto do namiotu.

Pierwszy dzień – Po lajtowej wędrówce w malowniczej scenerii, wśród górskich jeziorek, skoczni narciarski, gabinetów Spa, niebezpiecznych szczytów i Słowackich turystów zdobyliśmy Bystre sedlo – wysoko położoną przełęcz z której rozciągał się niezapomniany widok na Kryvań. Jednego z najwyższych szczytów w Tatrach w ogóle, narodowa góra Słowaków i główny cel naszej wycieczki.










Po powrocie do bazy mieliśmy chwile żeby nacieszyć się miejscowym piwem i do spania. Prawdziwe przygody czekają na nas jutro. Pierwsza część wędrówki na Kryvań przebiegała bez problemów gdy nagle zaczęły nas niepokoić coraz głośniejsze odgłosy burzy, która szalała gdzieś niedaleko nas. Zawracamy? Nie, skąd podążając śladem Słowackich turystów którym widmo burzy w górach nie odbierało animuszu parliśmy do przodu.

Ostatnie pół godziny na szczyt w gęstej mgle. Kiedy w końcu udało nam się wdrapać na górę, radość ze zdobycia szczytu spieprzył całkowity brak widoków.

Nici z jednej z najpiękniejszych panoram w Tatrach. W czasie schodzenia przeżyliśmy chwile grozy kiedy złapała nas burzą (atmosferę tego zejścia starałem się oddać na początku). Gdy wydostaliśmy się z niej, postanowiliśmy zmienić trochę plan wycieczki i uciekać na dół jak najkrótszą drogą. Udało się. Nikogo nie trafił piorun, nikt nie spadł, góra zdobyta. Pełny sukces? Jedynie kałuże w butach nie pozwalały nam się cieszyć w pełni.

W następny dzień kolejny raz zmieniliśmy plany. Tym razem jednak bardziej radykalnie. Zamiast na Sławkowski szczyt spakowaliśmy przemoczone do suchej nitki obozowisko i wróciliśmy do domu.

zachodnie! from momasz on Vimeo.

kraktown, 27 kwietnia, 5 z samego rana, nowy kleparz, w ciemnościach rozpoczynajacego się dopiero dnia ruszamy w strone zakopanego. jest nas trzech, robson, wiciu i ja, podjarani na maksa, myślami juz wysoko na tatrzańskich graniówkach, przemierzamy kolejne kilometry krajowej siodemki. po 2 godzinach jazdy docieramy do wylotu doliny chochołowskiej. mozolny spacer z parkingu do schroniska ubarwiaja nam wspomnienia witka.

szybkie śniadanie, kilka strzałów migawką, pare centymetrów przesuniętej po głowicy kamery tasmy, około 150m pokonanego przewyższenia i zwinnym susem wyłaniamy się z kosówki.

“no jaram sie fest!” pomyslalem…

chwila rozkminy, relaksu dostarcza tak potrzebnej energii na pokonanie czekajacych na nas kilometrow granii.

kopuła szczytowa wołowca – miszcz najwiekszy


Grześ, 1653 metry nad poziomem morza, miejsce z ktorego ponad 2 lata temu obserwowałem najpiekniejszy zachod slonca w kosmosie.

Gran, ktora mamy zamiar dzisiaj pokonac, wreszcie ukazuje sie nam w pelni. widac rakoń, wołowiec, łopate, jarząbczy, kończysty, trzydniowiański.
poczatkiem października, moment przed wyjazdem w alpy julijskie, dokladnie w miejscu w ktorym siedzi teraz witek, na rakoniu, czaki przekminil ze nie zabral rekawiczek (pomimo zapowiadanego halnego i niskiej temperatury). pora załozyc raki.

Wołowiec, 2064 mnpm, widoki nie mogły zostać niezapisane w głowie, kiedy tylko człowiek oderwie od nich zwrok, są juz tylko wspomnieniem, pozostaje niesamowity niedosyt.
rohacz ostry, obserwowany z łopaty, wyglada conajmniej ciekawie.



w czasie pokonywania ostatniego odcinka grani pomiedzy jarzabczym a konczystym towarzyszyla mi adrenalina zwiazana z widocznymi na powyzszym zdjeciu nawisami snieznymi… moglo byc roznie. szczesliwie, po okolo 11 godzinach wedrowki, dotarlismy do fury skad z bananami na twarzy wracalismy do krakowa.